poniedziałek, 13 kwietnia 2015

umiesz fitnesować?

nie? to się nie martw.
naszej Ątusi przypadły ćwiczenia na macie do gustu. bardzo.
ćwiczy z mamisią lub ciocią, koniecznie na swojej macie, po swojemu.
pewnego dnia  Syn miał szczepienie. zniósł to po męsku, jednakże wymagał tego dnia od nas więcej miłości i czułości niż normalnie. kiedy już usnął, Żabka bardzo chciała ćwiczyć z mamisią. ja natomiast ostatnią rzeczą o jakiej śniłam, to było fitnesowanie:
- córciu jak chcesz, to poćwicz sama.
- mamusiu ale ja nie umiem
- to może Tati z Tobą poćwiczy?
- tak, to świetny pomysł - małe stópki pobiegły do drugiego rodzica
- Tatuś pofitnesujemy?- zapytała córcia z nadzieją w głosie
- Żabko, ale ja nie umiem - odpowiedział zgodnie z prawdą Mąż, bo bardzo mnie motywuje, sam nie praktykuje.
- Tato ale to bardzo proste!otwierasz komputer, szukasz fitnesowania, kładziesz matę na podłogę no i jedziesz!

poprawiło mi humor nasze dziecię, oj poprawiło :D

niedziela, 5 kwietnia 2015

gdzie jestem jak mnie nie ma?

w kuchni.
uwielbiam eksperymenty kulinarne, mówiłam Wam?
pomiędzy karmieniami Synka i wychowywaniem Córci siedzę w kuchni i tworze.

nie czułam tych świąt. nie miałam weny na wystrój wnętrza, dekoracje sklepowe mnie irytowały.
humor miałam ogólnie jakiś taki do bani.
ale kiedy odpaliłam mikser i uruchomiłam produkcję mazurków, wróciło do mnie życie!
nie miałam problemu z wizją dekoracji na święta i humor zdecydowanie mi się poprawił.
ostatnio poczynam sobie śmielej w kuchni tworząc dziwolągi. na słodko, bo zup i mięs gotować/przyrządzać nie umiem. dziwoląg to tort miłość moich Rodziców do siebie, czyli tort na biszkopcie czekoladowym przełożony musem z panny miętowej i panny pomarańczowej polany błyszczącą polewą mistrza cukiernictwa Lidla. smakował :)

wybaczcie mi że nie ma mnie u Was. niedługo wrócę i będę pisała na komórce. nie, nie mam zamiaru chwalić się że mam telefon :D, z góry przepraszam ale pisać na nim nie umiem i komentarze mogą być niedoskonałe.
stara jestem. Córka szybciej niż robić do kibelka ogarnęła obsługę smartfona w stopniu jej wystarczającym, ja nie lubię na nim pisać niczego prócz sms :)

życzę Wam świąt pełnych Miłości i czasu spędzonego w gronie najbliższych.
przeżywajcie radość ze Zmartwychwstania Pana!

a po świętach mam zamiar sprawdzić, co Mama Melanii, moja sis i inne widzą w treningach z Mel C.
można mi!! Doktor mój pozwolił już! 3m-cie kciuki!

wtorek, 17 marca 2015

(nie)wracamy do żywych

ile można siedzieć w domu?? ile się pytam??
jak urodziłam, myślałam że sobie poszalejemy. synek miał się świetnie,ja nieco gorzej, dlatego szaleństwa musiały poczekać.
werandowaliśmy się razem,bo jak prawie 3m-ce siedzisz w domu, to jesteś świetną pożywką dla infekcji. w zeszły piątek udaliśmy się na spacer z prawdziwego zdarzenia. tak nam się spodobało, że w sobotę i niedzielę powtórzyliśmy ten wyczyn.
wszystko pięknie, ale w niedzielę wieczorem dostałam gorączki.
szok i niedowierzanie! ja? z moją mega odpornością? kiedy ostatnio miałam gorączkę??

teraz żyjemy w stresie, bo tam ja...oby synek nic nie podłapał. dostarczam młodszemu przeciwciał, ale stresik jest. o córcię mniejszy, bo ona sobie poradzi. ma moją odporność. gdyby, odpukać, dostała gorączki, mogę jej podać coś na zbicie. z synkiem tylko szpital.

nie pamiętam kiedy ostatnio byłam z Mężem na randce. słowo. jak tak dalej pójdzie, to szybko sobie nie przypomnę... .

piątek, 13 marca 2015

ja grubas Wam powiem!

odkąd przeczytałam wpis u Sabiny, nieustannie myślę o wszystkich osobach większych niż te mieszczące się w rozmiar 38.

ja też taka byłam! od zawsze!! najgrubsza, najbrzydsza i najgłupsza w klasie. nie wiem w jakiej kolejce stałam, gdy Pan Bóg rozdawał dary. no cóż, z takim bagażem tylko się wieszać, ale że od zawsze jestem inna, to jeszcze żyję.

moim marzeniem było być tak szczupła jak koleżanki. niestety, żadna dieta i ćwiczenia nie przynosiły rezultatu. bardzo lubię gimnastykę! poranny jogging do środków komunikacji miejskiej chciałam kończyć bez zadyszki. to od zawsze był mój cel. nie do końca osiągnięty, ale nie byłam "zastanym grubasem" . jogging był wymuszony, ćwiczyłam oprócz tego :).

schudłam w ciąży. z córcią i teraz. nie cieszę się jakoś specjalnie, bo nie wiem dlaczego tak się stało i nie wiem co zrobić aby tak zostało. jak już skończę połóg i dostanę zielone światło od mojego Doktora, wracam do ćwiczeń. nie wiem czy uda mi się zachować mój aktualny wygląd, ale spróbuję. jak nie, to przynajmniej znowu będę wygimnastykowaną grubaską.

z mlekiem matki wyssałam totalną obojętność wobec osób mi nieprzychylnych lub obojętnych. sięgam pamięcią i szukam przykrych sytuacji z moim zbyt dużym brzuszkiem. nie wiem czy to właśnie tusza powodowała, że zawsze rówieśnicy uważali, że jestem dziwna. wiele razy, od odważnych którzy jednak chcieli mnie bliżej poznać, słyszałam że jednak jestem ok. owszem, nie wszyscy tak na mnie reagowali. w podstawówce najbardziej cierpiałam z powodu samotności, bo dzieci nie chciały się ze mną bawić. nie wiem czy ja z nimi chciałam, bo zdecydowanie wolałam zabawy zorganizowane niż czas wolny na łobuzowanie. w każdym razie bardzo szybko polubiłam swoją samotność i bardzo dobrze mi z tym. z jednej strony samotnik, z drugiej nie mam problemu z nawiązywaniem znajomości, nie uciekam przed ludźmi.
ale jeżeli ktoś jest mi obojętny, albo nieprzychylny i rzuca w moim kierunku że jestem gruba, to przepraszam za wyrażenie, ale olewam to ciepłym moczem. dosłownie.
przejmuję się tylko uwagami, które mają mnie czegoś nauczyć.

sama mam z tym problem, bo źle mi w moim ciele. bardzo chciałabym znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego moje ciało żyje sobie własnym życiem i coś z tym zrobić.

myśląc o wpisie Sabiny przypomniała mi się jedna sytuacja. jedna!
miało mnie zaboleć, ale w związku z moim nastawieniem, spłynęło to po mnie.

jeżeli ktoś ma problem ze swoim wyglądem, polecam mieć w to wylane. zresztą ogólnie takie nastawienie bardzo pomaga w życiu.
ogólnie jestem bardzo wrażliwa i empatyczna, ale obudowana murem ochronnym...

niedziela, 8 marca 2015

drugi poród

Dziewczyny bardzo, bardzo, BARDZO!!! chciałabym podziękować za miłe słowa odnośnie latkacji. dziękuję za wsparcie!!! to dla mnie mega ważne. walczymy... .

muszę się spieszyć z publikacją, bo zaraz odbędzie się karmienie, coś tak mówią mi dźwięki dochodzące z łóżeczka. wczoraj nie zdążyłam także.. bez zbędnych wstępów zapraszam do historii porodu naszego młodszego dziecka.

jak wyglądał pierwszy poród, możecie przeczytać tutaj.
tam byłam wcześniej


Jakoś po 3 budzi mnie potrzeba fizjologiczna. Nie chce mi się iść, bo wiem jak to będzie wyglądało. Niby pęcherz pęka w szwach, ale jak dotrę już do wc, to wyleci kilka kropelek.  Zwlekanie nie ma sensu, bo w takim stanie ponownie nie usnę. Kiedy wracam, budzi się Mąż, śpiący ostatnio bardzo czujnie. Uspokajam, że tylko w toalecie byłam. Prawie usnęłam, gdy dzieciątko kopnęło i odeszły mi wody. Wyskoczyłam z łóżka jak poparzona i oznajmiłam Mężowi co się stało. On spojrzał na materac (suchy), na mnie i powiedział że mam się położyć po czym mnie przytulił. Ja spanikowana
- Kochanie my musimy jechać a TY tak spokojnie mnie przytulasz??
- Skarbie nie odeszły Tobie wody, tylko większa ilość śluzu.- fakt, wszystko na dole już było gotowe na poród od dawna, czego dowodem były sączące się ze mnie dziwne rzeczy.- skurcze masz?
- nie…
- to jeszcze nie rodzisz- dostałam buziaka, ale nie byłam do końca przekonana.
Chwilę później
- Kochanie wiesz? Coś mnie boli. Ale to nie wygląda mi na skurcz.
- Powiedz jak się skończy- Mąż zachowuje zimną krew.
- już…ile to trwało? Minutę? Eeee…chyba faktycznie nie rodzę. Jakieś to dziwne…z Ątusią bardziej mnie bolało. Skarbie a jak już rodzę to jak nazwiemy dziewczynkę??
- nie wiem, ale od narodzin będzie trochę czasu na decyzję.
- myślisz że skoro nie wybraliśmy nic przez 9m-cy, to wybierzemy przez kilka dni??- śmiejemy się żartując ale kiedy zaraz znowu ból się powtórzył, Mąż zarządził wyjazd do szpitala.
- ale Kochanie, to chyba jeszcze nie są skurcze, lajtowe jakieś
- Skarbie przecież one się dopiero zaczynają. Zapewne zaraz się nasilą
Zaczęliśmy się szykować. Bóle faktycznie się nasiliły i wiedziałam już, że rodzę.

Ątusia spała sobie smacznie przygotowana przez nas na ewentualność nocnej wizyty w szpitalu. Wiedziała, że rodzice mogą pojechać do szpitala urodzić Rodzeństwo, ona ma się nie martwić, bo Ciocia i Wujek są w domu i będą z nią cały czas, nie będzie sama. Chciałam ją obudzić, poinformować. Mąż był przeciwny. Nie chciało mi się z nim na ten temat gadać, bo znowu miałam skurcz.

Kiedy zobaczyłam wsteczne światła naszego samochodu, wpadłam w panikę. Dzisiaj wtorek rano, „mój” doktor jest w sobotę, kto mnie poskłada??
„mojego” doktora poznałam rodząc córcię. Naprawiał mnie i bardzo dobrze. Pamiętam dialog o tym, co tam się działo. Pamiętam moje niezadowolenie z nacięcia i Doktora pewność siebie, że będę zadowolona. Faktycznie byłam i jak tylko zaszłam w drugą ciążę myślałam o Doktorze nieustannie. Bardzo chciałam umówić się na wizytę, żeby mnie obejrzał itd. Nie wyobrażałam sobie, aby po drugim porodzie naprawiał mnie kto inny. Niestety przetrzepałam neta i nie mogłam go namierzyć. Moje znajome rodziły też w tym szpitalu i też z nim, to znaczy przewijał się podczas ich porodów.

Drogę do szpitala pamiętam całą. Zaspane miasto budziło się do życia. Niedaleko przed szpitalem czuję chyba skurcze parte. Nie…to niemożliwe. Za szybko.  Weszliśmy do szpitala, Mąż poszedł po wózek na izbę przyjęć. Kiedy dojechaliśmy Mąż poszedł po torby, Pani wzięła mnie na badania. Wcześniej zadzwoniła po doktora.
-jest u Was (pada nazwisko)?- pani relacjonuje doktorowi co za przypadek jakoś po 5 rano zjawia się na izbie, ja w tym czasie nie dowierzam…czy właśnie przed chwilą padło nazwisko „MOJEGO” DOKTORA??!!?? Rozważania przerywa pani z izby nakazując przygotowanie się do badań.
- ja mam chyba bóle parte- musiałam się natrudzić aby wykonać prośbę
Pani spojrzała na mnie z miną „od godziny skurcze i już bóle parte”? – zbadamy, zobaczymy.
Wszystko odbywało się jak na 5 rano przystało. Leniwie i bez stresu. Kiedy Pani mnie zbadała zdecydowanie zmienił się wyraz jej twarzy i wtedy rozpoczęła się akcja której żaden dobry film sensacyjny nie powinien się wstydzić.
- pani nie prze! Dziecko tylko blokują wody! Nie chcemy rodzić na izbie!
Szkoda tylko, że nie dostałam instrukcji jak w nie przeć kiedy czuje taką potrzebę. Zaraz…to co mi odeszło w łóżku?? Chwilę później dociera Mąż i już naprawdę odchodzą mi wody. Pani daje Skarbowi telefon i karze dzwonić pod wewnętrzny po doktora.  Kiedy zjawia się lekarz, moje serce się raduje! TO „MÓJ” DOKTOR!!! Zdecydowanie lepiej mi psychicznie i poród zrobił się mniej straszny. Doktor instruuje jak mam się zachowywać kiedy przychodzą skurcze i chce mi się przeć. Idą ze mną szybko przez długi korytarz do windy, blokując główkę abym nie urodziła. Oni się stresują, ja kiedy nie mam skurczy jestem w świetnym humorze, zagaduję ich wesoło. W windzie czuję zapach perfum. Moje myśli zajmują rozważania, czy mój organizm już zakończył ciążę, bo nieliczną moją dolegliwością była nadwrażliwość na zapachy, przez cały czas. W windzie delktuje się wyczuwalną wonią. Kiedy wpadamy do sali porodowej, cztery osoby na raz coś mi robią. Kłują, znieczulają, nacinają i nie wiem co jeszcze.  Mąż nie zdążył dotrzeć do nas, kiedy usłyszał mój krzyk i płacz dziecka. Prosiłam aby poczekać na Męża z pępowiną, ale nie było czasu. Razem ze mną rodziły 4 inne panie, jednej z nich odklejało się łożysko i ja nie byłam w najlepszym stanie. Tak wyglądał nasz poród rodzinny.
- to synek czy córeczka?
- synek- kładą mi Wojtusia na brzuszek- z jednej strony ulga, bo mamy imię. Z drugiej jakoś mi dziwnie, bo ciąże wyglądały bardzo podobnie. 

Rozpoczyna się proces składania mnie. Na początku jest jak z Magdlenką. Później jakoś tak…inaczej…
- Doktorze dwa lata temu Pan mnie jakoś inaczej naprawiał?- jestem z tych co lubią wiedzieć co mi robią.
- tak. Doktor cierpliwie i wyczerpujący sposób opisuje mi dlaczego tak jest i co się stało. Rozmawiamy chwilę o konsekwencjach dla mnie.  Jestem spokojna, bo wiem że Lekarz robi wszystko, aby było ok. dziękuję Bogu za to, że dane było mi rodzić z Dr
Niewiele się mówi o konsekwencjach naturalnego porodu dla krocza. Mam w planie napisać o tym notkę, jak wystąpią ewentualne problemy i będzie potrzebna rehabilitacja, aby walczyć o stan z przed ciąż. Nie chcę się żalić, jedynie napisać coś konstruktywnego. Dlatego aktualnie oszczędzę Wam szczegółów.

Mężowi udaje dostać się do nas. Przed wejściem do sali dopełnia formalności, pyta czy ma syna czy córkę.  To pytanie wyraźnie rozbawia położną. Kiedy wyjaśniam jej, że chcieliśmy niespodziankę i nie znaliśmy płci do samego końca, zdecydowanie zmienia nastawienie.
Podczas pracy Doktora dowiaduję się, że Synek miał 4750g i 61cm. Nie…chyba źle słyszę… ile?? Teraz już rozumiem co Doktor miał na myśli zaraz po porodzie mówiąc „nie najlepiej pani wygląda”

Kiedy trafiamy na salę poporodową, moje myśli krążą wokół Córci. Wytrzymuję do 8 i dzwonię do mojej sis, aby dowiedzieć się jak Żabka zniosła naszą nieobecność
- Ątusia najpierw spanikowana wołała „tata? mama?” na widok szwagra się rozpłakała, ale kiedy dowiedziała się że rodzice pojechali rodzić Rodzeństwo, uspokoiła się i wróciła do swojego łóżka. Zaraz później pojawiła się jednak u wujków i wbiła się im do łóżka. Nikt już nie spał w emocjach czekając na kolejnego członka rodziny. Sis i Szwagier zakładali się, ile czasu będzie mi potrzeba na poród i czy zdążymy do szpitala dojechać. Po narodzinach dialog Wujków z naszą córcią:
- Żabko  masz braciszka, cieszysz się?
- tak!!
Chwilę później Córcia ma pytanie…
- siostrzyczkę też mam??

od wystąpienia skurczy mój poród trwał godzinę.
cieszę się że zdążyliśmy do szpitala :D

środa, 4 marca 2015

mleczko

wiem, czekacie na post jak rodziliśmy. jestem w połowie tworzenia.
jakoś ostatnio w roli czytelnika Waszych postów mi wygodnie.
wene do pisania mam, tylko jakoś nie chce mi się siadać i pisać.
jak nie zajmuje się dziećmi, relaxuje się odkurzaniem sprzętów w kuchni, tworząc nowe wypieki.

martwi mnie tylko jedno. moje mleczko.
dlaczego wszystkie znajome nie mają problemu z laktacją, tylko mam ja??
po cesarkach też, ich piersi to kraina mlekiem płynąca, a ja??
piję wodę, dużo wody. po karmieniu, kiedy Dzieciątko już wszystko oczyści, pobudzam laktację laktororem, piję herbatki. nie wiem co jeszcze mogę zrobić... .

kiedy urodziliśmy Ątusie a jej jedynym odruchem było spanie. czułam się oszukana, bo przecież wszystkie dzieci po narodzinach mają odruch ssania. niestety, oprócz naszej Córci. nie była jej w stanie dobudzić nawet Położna, która po raz pierwszy widziała dziecko mające totalnie wywalone w jedzenie.dopiero kiedy Żabka trafiła na solarium, odczuła głód. walczyliśmy pół roku, chociaż o kropelkę. później, kiedy buteleczkę na 1 posiłek zbierałam 2 dni, poddałam się. nie zaznałam czegoś takiego jak nawał pokarmowy.

Ątek od razu poczuł klimat i nie dowierzałam, kiedy Mąż przyniósł mi dziecko z nowiną, że jest głodne. nie ma problemu żeby się przystawić i wypić wszystko co naprodukowane. problem w tym, że dziecku mało.
tak się cieszyłam że się fajnie się przystawia, że się karmimy z piersi. teraz chce mi się płakać, bo co? znowu porażka??
dalej nie wiem co to nawał.

tak bardzo chciałabym karmić z piersi jak najdłużej...

piątek, 20 lutego 2015

kompromis



To będzie długa notka.  Powstawała całe 9-mcy, to jej rozmiar tłumaczy.

- Kochanie może tak pomyślimy nad rodzeństwem dla naszej Żabci?- jak tylko Ątusia zbliżała się do zdmuchnięcia pierwszej świeczki na torcie, mój Mąż zaczął delikatnie badać teren. Na początku naszej znajomości Mąż marzył o dwójce dzieci. Ja nie chciałam wcale. Jak pojawiła się Ątusia, zaraz się dowiecie. Ale w kwestii rodzeństwa dla Żabki byłam na „ nie”.  Raczej  na „nie” były okoliczności. Miałam inne sprawy do ogarnięcia niż temat drugiego dziecka. Ątusia już odchowana, nie dała nam popalić, mam fajne wspomnienia z ciąży i macierzyństwa do tego etapu i tak to zostawmy. Zresztą miałabym planować? Eee zdecydowanie wolę sposób działania dokładnie taki, w jaki pojawiła się Ątusia – nastawienie „będzie co będzie” i miłość małżeńską trzeciego stopnia niczym nie ograniczoną.  Taki sposób wydawał nam się najbardziej sprawiedliwy dla naszych różnych wizji wspólnego życia. Córcia wybrała sobie najbardziej beznadziejny moment w moim życiu aby się pojawić, ale post nie miał być o tym. Daliśmy radę.
Mąż nie dawał za wygraną,  chciał zwiększyć rodzinę.  Szwagier, który jest jedynakiem, przy okazji też delikatnie apelował, aby nie krzywdzić takiego fajnego dziecka. Mąż przypominał początki mieszkania obok siebie z moją sis. Hasbencik też ma brata.  Dla nas to coś naturalnego, że pukam i jeżeli coś potrzebuję i wiem gdzie to jest, to rzucam w drzwiach – Pinuniaaaa biorę to i tamto – jak ona np. w salonie tivika ogląda. Szwagier przez pierwsze dni miał minę WTF?? Później się ogarnął :D. Mąż przypominał mi te sytuację za każdym razem wysuwając argument – chcesz aby nasza Ątusia też tak miała?? Chcesz??.
Nie chciałam. Miałam też po kokardy tematu drugiego dziecka, dlatego wymyśliłam kompromis. Muszę urodzić zanim Żabcia skończy trzy lata, bo interesuje mnie macierzyństwo taśmowe. Odchować młode i trochę jeszcze pożyć. Zakończyć etap pieluch i kontynuować szalone pomysły które mam w głowie. Wyliczyłam miesiąc w którym jest posucha imprez rodzinnych i zadowolona przedstawiłam rację Mężowi. Warunek był taki, że jak się nie uda, temat dziecka nigdy już nie powróci. Mąż przystał na warunek, jednakże  zdecydował że działamy już i natychmiast, bo dałam nam tylko jedną szansę.  Jak temat ma umrzeć po danym czasie z jedną próbą?  To byłoby niesprawiedliwe! Tak powtarzając moje ulubione „niech się dzieje wola Nieba…” byłam bardzo ciekawa co z tego wyjdzie.

Na efekt nie musieliśmy czekać długo.  Dwie kreseczki pojawiły się na teście błyskawicznie. Wysłałam Męża do apteki po test innej firmy, bo ten na pewno jest popsuty albo ja coś źle zrobiłam.  Na pewno nie nasikałam tak jak trzeba, albo coś innego zrobiłam źle. Rozbawiony Hasbencik wobec takiej argumentacji skapitulował. Drugi test pozytywny. Eeee…wszystkie testy są popsute. Ątusia miała rok i 10m-cy gdy jako pierwsza dowiedziała się że będzie miała rodzeństwo.  Wam nic nie mówiłam, bo podobnie jak pierwszą ciążę, też przeżywam wszystko w świecie realnym. Mam kompleks najmniej kochanego dziecka w rodzinie. Oczywiście Rodzice kochali mnie po swojemu.  Chcę wszystko dla dzieci tak samo, aby nie dać im nawet cienia wątpliwości o jednakowej miłości. O ciąży Rodzina dowiedziała się od Córci w dniu jej drugich urodzin, gdy ta machając pierwszym usg oznajmiła „ to jest moje Rodzeństwo”.
Zaraz po teście miałam ciążę w mózgu i wszystkie dolegliwości całego okresu naraz. Mdłości, bóle ruchy itd. Bez stresu nie zmieniłam nic w swoim życiu. Dalej pracowałam, ba jeździłam rowerem ponad 9km. w jedną stronę i czułam się świetnie. Do momentu upałów. W pracy klima, także luzik, ale po pracy masakra. Z Ątusią i teraz miałam w 1 trymestrze bóle głowy. Teraz miałam gorsze. To była jedyna dolegliwość. Po sierpniowym urlopie pojawiły się bóle brzucha i niestety mogłam albo stać, albo leżeć. Dlatego niestety od września, dla dobra dziecka, zostałam w domu. Ątusia wniebowzięta! W jakiś sposób chyba zrekompensowałam jej mój powrót do pracy,  gdy ona miała pół roku.

Ciąża generalnie ok, miałam silne skurcze, które okazały się niegroźnym dla dziecka dyskomfortem.  Znosiłam to dzielnie, ciesząc się że kobiece dolegliwości mnie zahartowały. Ruchy czułam szybko, bo już „doświadczona”  jestem – tak wyczytał Mąż w necie.  Rozpoczęliśmy przygotowywać Żabkę na to, co wydarzy się w lutym. Za pierwszym razem czułam się lepiej, ale jak na ciężarną to nie było źle. Z krwią miałam problemy, ale to standard. Do skurczy też się przyzwyczaiłam i wszystko byłoby ok, gdyby w 33tc szyjka nie skróciła mi się o połowę i nie pojawiło się rozwarcie. Resztę ciąży spędziłam w łóżku, lekarka pozwoliła tylko na wyjścia do wc. To wszystko stało się 17.12 i nie wyobrażałam sobie że na święta nic nie zrobię. Dostałam proszki, zwiedziłam izbę przyjęć  i modliłam się aby dziecko poczekało na rok 2015. W szpitalu stwierdzili, że Ąteczko wysoko i leżeć mogę w domu, także cieszyłam się, że jadąc do lekarza, wypożyczyłam grubą książkę. Na święta. 
Święta i Sylwester w domu, w łóżku. Jak tylko pojawiał się skurcz, byłam w gotowości wyruszać do szpitala. Pierwszy poród miałam szybki, teraz nie chciałam rozpoczynać przygody z narodzinami w samochodzie. Mąż oczywiście zgłębił temat teoretycznie i wszystko przygotował również na tę ewentualność. W 38 tc odetchnęliśmy, kiedy dobrnęliśmy do 40tc koniecznie chciałam iść do Dziadka na urodziny. Raczej w odwiedziny, bo Dziadki mieszkają wysoko, bez windy i z zagrożoną ciążą po schodach chodzić nie chciałam. W międzyczasie chciałam poodwiedzać inne osoby, którym to obiecałam, ale że Żabcia nam się rozchorowała to nie odwiedziliśmy nikogo. Wyjście do Dziadków było pierwsze, później po cichu rozpisałam grafik i nawet zrobiliśmy rozeznanie w ofercie walentynkowej, bo zachciało nam się romantycznej kolacji.

Ale wracając do czasu zagrożonej ciąży. Ja spałam,  Mąż w tym czasie ogarniał Ątusię, dom, pracę i święta. Uwierzcie, że na początku musieliśmy się dotrzeć w tym moim leżeniu, ale 10 lat związku zaprocentowało – w mniejszym lub większym stopniu osiągaliśmy porozumienie.  Na początku nie mogłam przywyknąć do sposobu prowadzenia domu przez Męża. Pomimo tego iż obowiązkami dzieliliśmy się na zasadzie kto ma czas ten robi, ja głównie odpowiadałam  za listę rzeczy do zrobienia. On był bardziej od spraw technicznych. Teraz On musiał nauczyć się przewidywać, łączyć fakty i dziwił się mojej początkowej złości. Nie zaskoczył mnie kiedy przygotował pyszności na święta. Sam upiekł cztery ciasta i wyszyły jemu lepiej niż mi.  Okazał się też specjalistą do spraw krokietów czy szynki.  Ja się staram, ale i tak wymiękam przy  Męża zdolnościach kulinarnych. On nie lubi gotować. Gotuje jak trzeba i wychodzi to Skarbikowi o niebo lepiej niż mi. 
Dziecko grzecznie wysiedziało w brzuszku do roku 2015 i zaraz po północy mocno nasiliły mi się skurcze. Każdy ból w tym czasie wywoływał u mnie panikę, byłam mocno przewrażliwiona ale leki i buscopan doraźnie hamowały bóle i oddychałam spokojnie. Szczęście w nieszczęściu że nakaz łóżkowania dostałam w czasie świątecznym, toteż Mąż mógł być z nami.  Przed 35tc  łóżeczko było skręcone, rzeczy wyprane, poukładane, torby spakowane i czekaliśmy. Gdyby nie Mąż nie ogarnęłabym tego. Słowo. Jakoś całe to zamieszanie nie cieszyło mnie zbytnio. Ale układanie ubranek w szafkach dawało ukojenie. Składanie prania to jedyna rzecz, której mój Mąż w obowiązkach domowych unika jak ognia. Bo ja muszę mieć wszystko na kosteczkę, gotowe do założenia. Uwielbiam składać rzeczy do szafki, to mnie relaxuje.  On nie stresuje się jak koszulka nie leży równo na tej poniżej. Dla mnie jest to powód do porządku w szafie :)

Z serii Ątusia oczekuje Rodzeństwa: Nie wiem jak to się stało, ale projekcje filmów gdy Córcia miała kilka miesięcy, stały się jej ulubionymi. Tłumaczyliśmy jej, że tak będzie wyglądało Rodzeństwo. Że ona już tyle umie, ono nie będzie umiało nic. Na badania chodziła z nami jak tyko usg przestało być dopochwowe. Dużo pomogło nam pojawienie się na świecie Kuzyniątka, bo mała dzidzia którą mamisia nosi w brzuszku było bardzo często porównywane do kogoś realnego. W związku z kompleksem, nie znaliśmy płci do samego końca. Jak gąbeczka chłonęłam wszystkie problemy rodziców więcej niż jednego dziecka. Słuchałam rad, analizowałam zachowania widziane chociażby na ulicy, dużo rozmawiałam z Ątusią o Ąteczku. Żabka jako jedyna nie miała wyboru z imieniem Ąteczka „Halohalo” i koniec.  Zaskoczyła nas bardzo, ponieważ z przyczyn technicznych musieliśmy nabyć nowy samochodowy fotelik. Zdążył dotrzeć ostatniego dnia starego roku. Postawiliśmy go w pokoju.  Ja leżakowałam, Mąż coś tam robił i nagle naszych uszu dobiega dźwięk bujanego fotelika i słowa
- nie bój się. To tylko petardy, one są ładne…(coś takiego)
- co robisz Żabko? – nie wiem które z nas zadało to pytanie
- bujam rodzeństwo-odpowiedziała pierworodna i pochwalona przez nas kontynuowała bujanie
Teoretycznie nasze dziecię jest przygotowane na 5. Zobaczymy jak praktyka pokaże.

Kwestia imienia to masakra. Dla chłopczyka za pierwszym razem dość szybko zdecydowaliśmy się na Wojciecha i tak zostało tym razem. W pierwszej ciąży na ostatniej prostej Ąteczko w wersji damskiej zostało Magdaleną i wiedziałam, że jak kiedykolwiek będziemy znowu w ciąży,  to nie mam pojęcia co wymyślimy dla dziewczynki. Konsekwentnie nie znamy płci do końca i wpisanie w akt propozycji Ątusi było murowane. Najpierw miała być Hania. Bardzo ładne imię, ale jednak mi się odwidziało. Na ten moment jest Julia. Ciekawe czy nie będę edytowała wersji końcowej przy publikacji. Wiedziałam, że jednak Julia nie, bo gdzie się nie ruszyłam, tam Julia. Efekt był taki, że imienia do dnia porodu nie wybraliśmy.

Dziadka urodziny były 9.02, Ąteczko będzie śpiewało „kiedy ranne wstają zorze…”,  bo urodziło się 10.02 o 5:45. Jak to się stało, opiszę innym razem. Postaram się stworzyć krótszą notkę.

poniedziałek, 2 lutego 2015

przetwory z pieniędzy, czyli kontrolowanie wydatków jest przyjemne!

jestem z tych, co zawsze lubię coś mieć na "czarną godzinę".
kiedy jako dziecko dostawałam jakieś słodycze, planowałam konsumpcję w taki sposób, aby starczyło mi przyjemności jak najdłużej. od zawsze lubiłam komfort posiadania.
jakoś tak naturalnie wyszło, że kiedy dostałam złotówki, nie wydawałam wszystkiego od razu i na pierdoły. lubię kisić kasę, bo jutro może być mi bardziej potrzebna. nienawidzę wydawać pieniędzy, co akurat chyba cieszy mojego Męża :D. nienawidzę nieprzewidzianych wydatków. kiedy coś się psuje, ja jestem chora, bo uszczupli to budżet.
lubię widok salda swojego konta, zwłaszcza oszczędności. to znaczy, zawsze może być lepiej, jeśli chodzi o wpływ gotówki :D nie chodzi o to, że jesteśmy bogaci. raczej o to, jak z umiarkowanych dochodów,przy małym wysiłku, można stworzyć ekscytujący widok!
tak, mam problemy z dekielkiem, ale to nie powinno Was zaskoczyć.

w tej całej paranoi pojawia się mój Mąż wybawca, który stara się nauczyć mnie przyjemności kontrolowanego wydawania. wspólne konto założyliśmy na bardzo wczesnym etapie znajomości.
uwierzcie mi! da się trzymać puls na kasie!! da się do czegoś dojść w życiu mimo niezbyt dużych dochodów!! LUDZIE, DA SIĘ!
Mamuśka Mylcia  jakiś czas temu opisała jak fajnie jest kontrolowanie wydatków. ja też chcę podzielić się z Wami tą radością!

nasze dochody są umiarkowane. zapewne gdybym rzuciła konkretną kwotę, ktoś uznałby to za dużo, ktoś inny że bieda. nam starcza na wszystkie nasze potrzeby, dlatego słowo "umiarkowane" jest chyba najbardziej adekwatne.
pamiętam czasy, kiedy żyliśmy z jednej pensji. wiecie że nie było nam jakoś mega ciężko? bo umieliśmy sobie rozplanować wszystko tak, aby pogodzić interesy. kiedy wróciła druga pensja, zwiększyły się nasze oszczędności.
wniosek? bez względu na wysokość dochodu, można dać sobie radę.

kiedyś mieliśmy wspólne konto. dzisiaj mamy osobne. z przyczyn technicznych. loginy i hasła znamy, PIN do kart też :D
wniosek? bez względu na ilość kont da się planować swoje wydatki.

jak to zrobić?
tak jak pisze Mamusia Mylcia - przez pierwszy miesiąc zbieramy paragony,co jakiś czas studiując ich zawartość. dzięki temu widzimy na co ile kasy potrzebujemy.

teraz będzie metoda druga, bo nieco inna niż Mileny :)
w drugim miesiącu wiedząc ile na co potrzebujemy, zakładamy sobie "fundusze" albo robimy przetwory z kasy. nasze konta mają możliwość określonej ilości subkont. ponazywaliśmy je sobie po swojemu, a że "funduszy" mamy nieco więcej, na słoikach przykleiliśmy nazwy potrzebnych nam "funduszy" i tam odkładaliśmy stosowną sumę, w zależności od potrzeb danego "funduszu". jeżeli kasy nie wydamy w danym miesiącu, to w kolejnym mamy większą sumę do dyspozycji

nasze przykładowe "fundusze":
życie - czyli kwota na jedzenie, randki, przyjemności itd.,
m - to opłaty związane z gniazdkiem,
makro - w związku z tym że np. ulubione mleko Męża, albo moją wodę można czasami znaleźć w niewiarygodnie niskiej cenie, ten fundusz służy zaopatrzeniu naszej spiżarni,
żona/mąż - obydwoje mamy tendencję do debetowania swoich kont w celu nabycia drugiej osobie wypasionego prezentu. aby po takich zakupach coś na kontach jeszcze zostało, ustaliliśmy kwotę którą co miesiąc wpłacamy na ten "fundusz" i w ramach której operujemy robiąc sobie niespodzianki,
limonka - to kwota którą miesięcznie przeznaczamy na paliwo,
limonka remont - to kwota którą odkładamy na wszystkie sprawy związane z eksploatacją naszej bryczki. niedługo czeka nas bardziej kosztowna wymiana, dlatego już dziś o tym myślimy odkładając na to kaskę,
PiTątka- to fundusz Ątusi. to złotówki na wydatki związane z czymś extra dla córci.
ubrania - to złotówki na ciuszki
itd... .
oszczędności - mój ulubiony fundusz!! tutaj w zależności od przychodu przelewamy określoną kwotę, której z reguły nie ruszamy, bo dzięki dostosowaniu "funduszy" do naszych potrzeb, zwyczajnie nie ma takiej potrzeby.  jednakże czasami może zdarzyć się tak, że jakiś "fundusz"
wyda więcej niż ma. wtedy brakującą kwotę bierzemy z oszczędności, zapisujemy "funduszowi" dług i rozpoczyna spłatę jak tylko będzie nowe rozdanie kasy w "fundusze"
dlaczego tak robimy? po pierwsze dlatego, że z reguły "fundusze"finansują się same. sytuacje pożyczki mają miejsce tylko wtedy, kiedy dzieje się coś bardzo nieprzewidzianego. to my decydujemy ile damy do danego "funduszu". nie chcemy niepotrzebnie zwiększać konsumpcji.
po drugie dlatego, że oszczędności to najważniejszy "fundusz", dzięki któremu możemy starać się zrealizować marzenia chociażby o ...kredycie na większe m :D

rozliczanie funduszy:
jeżeli jedziemy na zakupy, to zdarza się tak, że za dany paragon płaci "życie" bo tylko do tego "funduszu" mamy dopięte karty. zakupy na paragonie mogą dotyczyć też np."makra"czy "ubrań". po powrocie do domu sumuje co wydały te fundusze i robię przelew głównemu sponsorowi czyli w tym wypadku "życiu".
jeżeli jedziemy np. po ubrania, z tego funduszu na konto główne przelewamy kwotę x, która rozliczamy po powrocie z zakupów.

to wcale nie jest trudne czy zakręcone. to jest przyjemne!
sceptykom polecam wypróbowanie tej metody przez 3m-ce.
gwarantuje, że nie tylko ja będę lubiła patrzeć na saldo oszczędności ;P

środa, 28 stycznia 2015

mamusi zależy, aby córcia miała realne oczekiwania odnośnie mężczyzn

- załatwiłeś?- pytam Męża gdy ten wsiada do auta. przytakuje.
dzisiejszy dzień, to korzystając z zakończonego aresztu łóżkowego, dzień wizyt zdrowotnych i załatwiania innych rzeczy. tak to jest, jak z miasteczka człowiek udaje się w miasto. czasami, jak któreś z nas musi wyskoczyć na chwilę, to drugie aby nie wyciągać Żaby z fotelika i z szybkiej sprawy nie robić wycieczki, zostaje z córcią w samochodzie.
- chce mi się jeść - Żabka zaczyna się skarżyć.
- za godzinę będzie czas na zjedzenie - tłumaczy Mąż,
- Tatuś ale mi się chce tak bardzo jeść - Ątusia nie daje za wygraną.
aby nie słuchać przez całą drogę marudzenia córci, do akompaniamentu własnego żołądka, czuję że muszę uratować sytuację.
- córciu, ale Twój Tatuś jest mężczyzną. wiesz co to znaczy? że skoro ma do załatwienia jakąś sprawę, to maksymalnie skupia się na jednej rzeczy. mężczyźni nie potrafią wiązać faktów i analizować. córciu mężczyzna to zadaniowiec. może mijać pięć cukierni i nie powiąże tego z dwiema kobietami głodnymi w samochodzie. nie możesz tego oczekiwać, bo to nie realne.po co masz się rozczarować? nie oczekuj tego, bo najwyżej mężczyźnie uda się Ciebie pozytywnie zaskoczyć i będziesz szczęśliwa, że jednak czasami umie korzystać jednocześnie z dwóch szufladek w mózgu, albo Ty jesteś w zawartości więcej niż jednej szufladki*- aby Mąż nie poczuł się dotknięty, bo nie miałam do niego pretensji że nie wpadł na to że możemy być głodne, korzystając z czerwonego światła okazałam Mężowi czułość. On wyglądał na nieźle ubawionego. nie analizowałam tego zbyt długo, bo delektowałam się chwilą ciszy. tłumaczenie pomogło, bo z tylnego siedzenia zaczęły nas dobiegać inne żądania naszego dziecka.
- chcę jechać pod tunelem - reszta drogi do punktu b upłynęła nam na dyskusji z podobną argumentacją. jakoś nawet mnie nie denerwowało, że formy grzecznościowej nie było. pewnie myślami byłam w bibliotece i szukałam ciekawej lektury.

miejsce b to jeszcze nie biblioteka, ale Mąż wyskakuje na chwilkę załatwić kolejną sprawę. zanim dostanę buziaka na "zaraz wracam" idzie do bagażnika i tacha z niego pyszności, które mają rozpieścić nasze podniebienia. leży tam min. pączuś. ajć...ostatnio mam ochotę na pączusie...takie mięciutkie...rozpływające się w ustach... .
- czujcie się pozytywnie zaskoczone moje Kobiety - z nieukrywaną satysfakcją mówi On, ja zaczynam drugi wykład.
- widzisz córciu? jesteśmy pozytywnie zaskoczone a nie negatywnie rozczarowane. przyjemnie prawda?
- poproszę pączka - tyle zrozumiało nasze dziecię z dzisiejszej lekcji



*o co chodzi z pudełkami?

poniedziałek, 26 stycznia 2015

największe święto rodziny PiT

to dzisiaj...a raczej wczoraj, bo post mi się długo pisało :)
kolejny rok upłynął najcudowniejszemu Mężczyźnie jakiego znam, mojemu Mężowi.
Hasbencik jest wyjątkowy, aczkolwiek nie jest pozbawiony wad. jest cudowny.
liczą się tylko fakty.

mój Mąż jest hmm...stosunkowo młody. jednakże wkurzają mnie nasi znajomi, jak z podziwem mówią, że najmłodszy z nich a już taki ustatkowany.
nie wiem czy Skarb kiedykolwiek miał głupoty w głowie. no dobra, czasem ma głupawkę jak ze Szwagrem coś wspólnie załapią, no ale to chyba normalne :D
jak się poznaliśmy, był jeszcze niepełnoletni. zaimponował mi swoją dojrzałością i długo musiałam zbierać żeby z podłogi, jak dowiedziałam się ile ma lat.nie chciałam wierzyć! był młodszy niż ja a wiadomo jak większość chłopców dojrzewa... . jego koledzy spokojnie zajęliby się wiaderkami w piaskownicy, On odstawał na tym tle. bardzo. to nie jest tylko moja opinia.

kiedy rozpoczęliśmy etap związku, bardzo szybko okazało się, że znalazłam Mężczyznę u którego boku, mogę być małą dziewczynką. sam fakt, że mój licznik zatrzymał się już dawno na 22latach, mówi za siebie :D
oświadczył mi się jak skończył szkołę, poszedł na studia zaoczne i znalazł pracę. to On wyszedł z inicjatywą spędzenia reszty życia z taką wredną istotą jak ja. bardzo dużo osób dziwiło się, że tak młodo mi się oświadcza, a ja nie jestem w ciąży!! no chory!! co więcej, to On stwierdził że te zaręczyny nie będą trwały wiecznie i został moim mężem prawie rok później, po 4 latach związku.
moja Rodzina przed ślubem powtarzała "chłopie, Ty się zastanów. fajny chłopak jesteś, po co Tobie ona??" moja Mama z miną nr 5 dodawała "nie udzielam reklamacji na córcię" 

po ślubie pojawił się temat starań o dzieci. On chciał zawsze dwoje, ja 0. aby było sprawiedliwie nie zrobiliśmy nic aby zostać rodzicami oraz nic aby nimi nie zostać. tak na świecie, kilka miesięcy po trzeciej rocznicy ślubu, pojawiła się Ątusia. radość Męża przeogromna. moja ciąża fizycznie bez zastrzeżeń, psychicznie jakaś masakra. pomimo otwartości na jaką się zdecydowaliśmy uważałam, że Ątusia pojawiła się w tak beznadziejnym momencie mojego życia, że pół ciąży przepłakałam. ryczałam z różnych powodów. czasami były to moje problemy egzystencjalne, czasami brzydka pogoda...ryczałam strasznie! Hasbencik budził podziw wiedzą na temat ciąży, badań, dolegliwości, rozwoju dziecka i ogarniania rozhisteryzowanej żony.
wtedy pojechał w najbardziej koszmarną delegację w swojej karierze. ciepłe kraje, ocean i...zasięg raz na 2 tygodnia a minuta rozmowy jakoś 15 zł chyba. nie było Go miesiąc, może 5tyg.
dacie wiarę, że są takie miejsca na świecie, że telefonia komórkowa tam nie dociera??!!?? no i akurat pojechał tam jak ja byłam w końcowej fazie ryczenia. wyłam wszędzie, gdzie tylko pojawił się stosowny powód do opłakania. nie umiałam tego powstrzymać. moja Mama chciała pomnik cierpliwości stawiać mojemu Mężowi, bo ona po kilku dniach miała dosyć. On ani razu nie dał mi odczuć, że jestem nudna, męcząca i sobie wymyślam problemy. był przy mnie, nie do końca rozumiejąc te łzy, ale był i wspierał.
później mi przeszło to niekontrolowane ryczenie. zrobiłam sobie listę rzeczy, które mnie najbardziej bolały i zabrałam się za eliminację.
oczywiście do szkoły rodzenia chodziliśmy razem, na wizyty też zawsze razem i rodziliśmy też razem. zajęcia w szkole i wizyty Mąż opuścił jedynie z powodu tej nieszczęsnej delegacji.
film z porodem bez tajemnic obejrzeliśmy razem. po projekcji błagałam Go aby nie zaglądał "tam", bo słabo mi się robiło jak patrzyłam na 10palcy rozwarcia. już widziałam w myślach, że po takim widoku nasze pożycie będzie tylko historią. na sali podczas projekcji, nie wszyscy mężczyźni pokazali, że są w stanie potraktować film czysto instruktażowo. niektórzy zachowywali się tak, jakby byli w gimnazjum i zobaczyli nagą kobietę. mój Mąż skomentował coś w rodzaju "fizjologia" i zapewnił, że nie ma w planach pisać historii z naszej bliskości. słowa dotrzymał ;D

poród i czas po nim to dla Męża masakra. może i było fajnie, bo stosunkowo szybko, ale kiedy Hasbent zastał mnie pod prysznicem(sprawdzałam czy to TE skurcze) z miną lekko niewyraźną, zadecydował natychmiastowy wyjazd do szpitala. słyszałam tylko szurające torby i zamki je dopinające. pamiętam lekki wiatr na policzkach, tak jak lubię, i szybszą niż zwykle jazdę do szpitala. pamiętam że po raz pierwszy widziałam GO lekko poddenerwowanego, zaniepokojonego.
w środku nocy wrócił do domu, przespał się i rano zameldował się na oddziale aby pobyć z nami. okazało się że ja przez pierwsze dni byłam tak wymęczona i osłabiona, że całe Męża wizyty przespałam. On przewijał, doglądał, budził mnie na karmienie... .
wspomnienie moich pierwszych dni z Ątusią - brak, czarna dziura. do 3doby szpital pamiętam w urywkach. jedynie to, że jak otworzyłam oczy to On zawsze był. albo trzymał mnie za rękę, albo coś robił przy dziecku. na noc oczywiście zostawałyśmy same, ale tych pierwszych, nie pamiętam.

Mąż bardzo wspierał mnie przy powrocie do pracy. wiedział jak ważne jest to dla mnie.nie miał problemu, aby zostać z dzieckiem. wymienialiśmy się opieką nad córcią, korzystając z usług Babć oraz dość elastycznego czasu pracy mojego Męża. szybko stał się oczkiem w głowie naszej córci. do tego stopnia, że kiedy była w okolicy roczku, a Tati wyjechał w delegację, ona przeżyła to strasznie. ale o tym innym razem :)

odkąd dowiedzieliśmy się o ciąży, chciałam zwiększyć metraż. niestety mam dość duże wymagania odnośnie potencjalnego mieszkania, z którym mielibyśmy związać się na dłużej, nie mogłam nic dla nas znaleźć. kiedy pojawiła się Rudercia, Hasbent dość szybko widział w niej nas i nie wystraszył się ogromu pracy, który trzeba w nią włożyć, abyśmy faktycznie w niej się pojawili. imponuje mi jego zapał jaki poświęca na czytanie muratorów, forów budowlanych i internetu, aby później jasno i wyraźnie tłumaczyć panu fachowcowi że coś robi źle i ma zrobić inaczej. generalnie plan jest taki, aby dużo zrobić samodzielnie. jednakże część pracy musimy zlecić ekipie. bardzo mnie to stresuje, ale wiem, że Mąż wykorzysta nabytą wiedzę i uda nam się zapobiec wielu fuszerkom panów budowlańców. uwielbiam słuchać, kiedy On tak się naczyta i później opowiada mi o tym czego się dowiedział.

o moim cudownym Mężczyźnie mogłabym jeszcze długo...bardzo długo i dużo...ale wtedy nikt by tego nie przeczytał. aby dodać trochę gorzkiego kakao, dla zbilansowania smaków, mój Mąż ma wady. mam czasami ochotę wystawić Go na balkon, albo za drzwi. niech się ogarnie.
ale całokształt jest wprost...do uwielbiania :)

STO LAT KOCHANIE :*

piątek, 23 stycznia 2015

Franek

dzisiaj, że względów technicznych, świętowaliśmy drugą część Dnia Babć i Dziadków.
jadąc na ten przemiły wieczór i słuchając w radio wiadomości, tak się wqurwiłam że... .
co było przyczyną takiego stanu?
mianowicie chęć wyjścia na ulicę Obywateli posiadających kredyt we Frankach.

nosz qurwa!!!!! ja rozumiem, że rata lekko dwa razy wyższa niż na początku spłaty może być dużym obciążeniem dla gospodarstwa domowego! rozumiem, że powoduje to ciężką sytuację w wielu domach!! JA TO ROZUMIEM !!! ALE!! czy ktoś kazał tym osobą brać kredyt w obcej walucie??
sorry czego Wy ludzie oczekujecie!!! jestem przeciwna zamrożeniu kursu franka przez państwo, bo już qurwica mnie trafia, jak moje podatki w jakiejś tam części idą na in-vitro!!!
(nie żebym była całkowicie przeciwna tej metodzie, ale jest wiele innych ważniejszych apektów - ale o tym też będzie kiedyś post)
wiem, że zapewne wiele osób było w bardzo trudnej sytuacji mieszkaniowej, a że nie mieli zdolności na kredyt w złotówkach, brali we frankach. finansistą nie jestem, ale ta waluta wariuje nie od dzisiaj i można było przewalutować kredyt i dzisiaj spać spokojniej!!! 
ja też wyjdę na ulicę!!!!! wyjdę, bo mieszkamy na niecałych 40m2 i kupiliśmy dom do remontu!!!! dom, na który też musieliśmy się zapożyczyć i nie wiem czy wystarczy nam oszczędności, aby go wykończyć!!!!!!!!!!!!! mieszkanie w którym mieszkamy nie jest nasze i też chcę pomoc od Państwa!!!!!!!!!!!! podpalę się, stanę na głowie i zaklaskam uszami albo zrobię jeszcze jakieś cudo jak trzeba będzie dopiąć swego!!!! mam dosyć patologii w jaką zmierza moja Ojczyzna!!!!!

no to sobie ulżyłam.

środa, 21 stycznia 2015

na poprawę humoru

urodziło się dziecko naszym znajomym.
sam fakt narodzin nie jest może na tyle śmieszny, ale płeć jak najbardziej tak!
my od samego początku płci znać nie chcieliśmy. szokiem było niedowierzanie większości ludzi, kiedy na pytanie "jaka płeć" padała odpowiedź "niespodzianka".
nasi znajomi tak nie chcieli i jak tylko można było podejrzeć, skorzystali z tej sposobności.
od połówkowego czekaliśmy na chłopca. później dwóch niezależnych lekarzy prognozowało dziewczynkę. znajoma nabyła nawet kilka ślicznych kiecek, by córcia miała możliwości na lans jak ją będą podziwiali. czekaliśmy zatem na dziewczynkę.
kiedy przyszła wiadomość, że pozdrawiają z chłopczykiem, prawie padłam ze śmiechu :D.
co im z tego, że chcieli wiedzieć? a no tyle, że synek w pierwszych dniach życia poza brzuszkiem mamy, ubrany był zgodnie z obowiązującymi trendami męskiej mody - w różowe wdzianko.
dumny tatuś śmiał się, że gdyby nie był obecny przy porodzie, nie uwierzyłby że ma syna :D

kąpiel Żabci
nie wiem, czy to jest bardziej śmieszne, ale spróbujmy.
tutaj śmiać należy się chyba z desperackiej kreatywności mamuśki, której brak piątek klepki stwierdzono już dawno.
pora na prysznic. nasze dziecię informuje mnie, że nie będzie się myła, bo nie lubi.
świetnie. u niej argument "bo nie lubię" oznacza tyle co "bo tak". bardzo działa mi na nerwy taka argumentacja, ale że Żabka ma jeszcze czas aby to pojąć, w głowie obmyślam plan. nagle dostrzegam mój żel pod prysznic, akurat mydełko FA. nie myśląc długo, zaczynam wspominać swoje dzieciństwo
- to co córciu?? może pośpiewamy?? 
siabada siabada Ty i jaaaaaa uuuuuu mydełko faaaaaa 
w odpowiedzi dostaję uśmiech i...
- mamusiu pośpiewaj mi jeszcze
coź było robić  
chciałabym Ciebie mydlić, mydełkiem FA. byłoby fajnie siabadabada. jeśli się zgadzasz na to spotkanie, pomachaj ręką mi na ekranie
córcia macha ręką i tak oto znajdujemy się pod prysznicem. Ątusia łapie melodię i nuci razem ze mną. w związku z tym, iż dochodzę do wniosku, że tekst piosenki nie nadaje się na utrwalenie w głowie naszej Córki, poza refrenem na melodię zwrotek na poczekaniu tworzę teksty z treścią bardziej odpowiednią.

słuchowisko musiało być przednie, bo Mąż oderwał się na chwilę od pracy, aby zakraść się z komórką i nagrać duet matki i córki :D

od tej pory nie ma kąpania bez piosenki o mydełku FA. kiedy następnego dnia Hasbencik kąpał Pierworodną, ta też kazała Mężowi śpiewać. Tati tego nie lubi i Żabka rozczarowana musiała nucić sama, dumnie prezentując znajomość melodii :D

sobota, 10 stycznia 2015

Libster Blog Award


dawno, dawno temu zostałam nominowana do zabawy przez Matkę Królów .
bardzo ucieszyłam się z tej nominacji, dlatego po przeczytaniu pytań postanowiłam dobrze przygotować się do odpowiedzi. tak świetnie się przygotowywałam, że gdyby nie Mama Melanii , to myślałabym nad odpowiedziami dalej.

przepraszam Ciebie że tak długo odpowiadałam na nominację.
oto kilka słów o mnie :)

Motto życiowe. 
właśnie dlatego chciałam pomyśleć, bo przychodzi mi do głowy tylko "niech się dzieje wola Nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba"

życzenia do złotej rybki
ale że tak bez limitu? no to z tych co mogę powiedzieć to żeby ręce Męża okazały się drobną niedyspozycją, żebym wytrzymała do lutego, żeby Żabcia była szczęśliwym dzieckiem oraz żebym w wyśmienitym humorze i bez załamań nerwowych przetrwała ciężki rok, który właśnie się zaczął i żeby kobieca intuicja mnie nie zmyliła jak przyjdzie decydować o swoim życiu w roku przyszłym.
jak jeszcze w totka się uda coś wygrać, to złota ze mną zamieszka, a co!

Podróż marzeń odbyłabym do…
Hiszpania i Karaiby :D

Osoba, która jest dla mnie wzorem to…
nie mam takiej. ale cechy charakteru, które chciałabym naśladować ma kilku znanych mi śmiertelników

Najważniejszy dzień w moim życiu to…
jest kilka takich dni. smutnych i wesołych. myślę że wszystko zaczęło się 6maja2005 :) późniejsze najważniejsze dni są konsekwencją tego właśnie.

Gdybym mogła coś zmienić w moim życiu byłoby to….
jedna rzecz? ja to się do remontu generalnego nadaję :P

Sposób na udany wieczór...
aktualnie marzy mi się czas z Mężem, bo siebie dla siebie mamy jak na lekarstwo.
winko/szampan z limonką, kominek, dobry film i wygodne łóżko, to mój aktualnie nieosiągany sposób na udany wieczór. łóżko do spania, meeega śpiochem jestem :D
generalnie udany wieczór to wieczór razem z Hasbencikiem, nie obok a razem. wiecie na czym polega subtelna różnica ?
ale jak się nie da, to książka :D

Film wszechczasów
hmmm...może "chce się żyć"

Książka wszechczasów
uznacie, że przestałam się rozwijać ale...przychodzi mi aktualnie do głowy tylko jedna... "cierpienia młodego Wertera" naprawdę zrobiła na mnie duże wrażenie.

Piosenka wszechczasów
Bryan Adams "heaven"

Piszę blog, ponieważ…
blog to moja myśloodsiewnia

nominuję wszystkie chętne osoby :)

moje pytania
  1. nie mogę żyć bez...
  2. humor poprawiam sobie ...(w jaki sposób)
  3. moje hobby to...
  4. najczęściej marnuję czas na...
  5. moja słabość to...
  6. moje mocne strony to
  7. gdybym mogła zmienić świat to zmieniłabym...
  8. jakie mam podejście do mody i bieżących trendów?
  9. inspiruje mnie...
  10. ulubiona cyfra i dlaczego
  11. największe marzenie o którym mogę powiedzieć to...